Miot „B”, jako pierwszy miot Husky w hodowli rodziców miał w całości pozostać w naszych rękach. Jedno ze szczeniąt podobało mi się szczególnie ze względu na jego dzikie spojrzenie - był to najmniejszy i najmniej imponujący w miocie pies, Bursztyn. Dostałam go w prezencie, „na dobry początek”. W tym samym roku, czyli w 1994, otrzymałam swoją pierwszą legitymację członkowską Związku Kynologicznego w Polsce.
Historia lubi się powtarzać - z dwóch córek moich rodziców, tylko jedna złapała kynologicznego bakcyla, a byłam nią ja.
Od pierwszych dni istnienia hodowli „z Coyoacan” FCI, czułam się z nią emocjonalnie związana - fascynowały mnie psy, fascynowało wszystko, co ich dotyczyło.
Z chęcią oddawałam się wszelkim pracom, które w przypadku hodowli zwierząt, choć nie zawsze przyjemne, są jednak nieodzowne.
Po prostu pochłonęło mnie to bez reszty - psy pomału stawały się moją prawdziwą pasją i receptą na życie. Pomagałam w prowadzeniu hodowli, pielęgnacji, wychowaniu, w tresurze i treningach. Stałam się niejako prawą ręką hodowcy i trenera.
Nadszedł czas, kiedy stałam się, w pewnym sensie, „etatowym” prezenterem psów na wystawach, co nie ukrywam, przynosiło mi wiele radości i satysfakcji, bo psy, które dane mi było prezentować, bez wątpienia, należały do polskiej czołówki w rasie, tworząc jednocześnie jej historię w kraju. Utożsamiałam się z każdym zwycięstwem, z każdym ukończonym w moich rękach championatem (a było ich około 20 w samej tylko hodowli rodziców), również z każdą porażką.
W zimie, kiedy sezon wystawowy się kończył, zmieniałam arenę - z ringów wystawowych, na trasy wyścigowe.
Tu wraz z tatą braliśmy udział w zawodach, w których choć nasze sukcesy nie były aż tak imponujące, jak w przypadku wystaw, to jednak dawały nam ogromną frajdę i nierzadko miejsca na podium.
Ale życie bywa okrutnie nieprzewidywalne….
W pierwszym dniu 1998 roku wydarzył się wypadek, który gwałtownie przyhamował nasze zapędy treningowe. Od tamtego czasu, zaprzęgi zaczęliśmy traktować ostrożnie, jak typową rekreację.
Niemniej jednak, pasja do Husky nie umarła.
Z perspektywy czasu widzę, że rytm mojego życia był w dużej mierze uzależniony od psów. Były dla mnie tak istotnym elementem, że moje najważniejsze decyzje były podejmowane pod ich wpływem - nawet kierunek studiów, który obrałam.
Ukończenie Wydziału Nauk o Zwierzętach i napisane pracy magisterskiej na temat zachowań socjalnych grupy Siberian Husky w odniesieniu do zachowań watahy wilków, w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, nie było przypadkowe.